• Wpisów:40
  • Średnio co: 3 dni
  • Ostatni wpis:21 dni temu
  • Licznik odwiedzin:3 112 / 145 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
Sama nie wiem, czy już zaczynam dorośleć. Otóż ostatnio dużo się zmieniło, po koszmarnej lekcji religii.

Pogadałam z koleżankami, jedna z nich mi powiedziała naprawdę szczerze, bardzo mi pomogła. Powiedziała, ze kiedyś myślała, ze jestem dziwna, ale po tym jak usiadła ze mną na matmie zmieniła zdanie. Ludzie oceniają po wyglądzie, teraz nie mogę zaprzeczyć, ze tak nie jest. To, ze sama tego akurat nie robię, nie znaczy, ze wszyscy tego nie robią.

Od szczerej rozmowy z koleżankami codziennie przychodzę do szkoły pięknie ubrana, maluję sobie brwi (czym z kolei bardzo ryzykuję). Nie ubieram ubrań, które mnie wyszczuplają, tyłków dostosowane do moich kształtów. Nie noszę brudnych butów, dużych dekoltów (bo w końcu trzeba coś mieć), mam ładnie uczesane włosy i raczej umyte.

Dzięki temu jestem tez pewniejsza siebie, najlepsze jest to, ze jestem sobą, nikogo nie udaję, a potrafię zaakceptować swój charakter. Stal siebmilsza dla innych, może wcale mnie nie oceniają.

I sytuacja zmieniła się diametralnie. Mam wrażenie, ze w ich oczach jestem kimś lepszych, chłopcy są bardzo mili i podaż pierwszy w życiu mam lepszy kontakt z chłopakami z klasy.

Może się wszystko ułoży...
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Nienawidzą mnie. Wszyscy. Czy ja naprawdę wszystko robię źle? To moja wina?

No więc tak. Religia jest dla mnie bardziej luźną lekcją, czas na odpoczynek i rozmowę ze znajomymi, tym bardziej, że oglądamy film. Nie chcę byc chamska, zła i nie wiadomo co, ale uważam, że mówienie do koleżanek czegoś, czy dziwne uśmiechy do znajomych to nic złego. Nie jestem bardzo wierząca, chodzę na religię dla atmosfery i dlatego, że mi rodzice karzą.

Wiem, że ważne, aby by dobrym, ale odsuwam się od kościoła.

No i nagle moi "koledzy" wybuchli, żebym zamknęła mordę, że jestem tępa, mam by ciszej i padały przezwiska. Odpyskowałam im, ale jak widac jestem naprawdę słaba psychicznie. Czułam, że cała klasa (80% chłopców dokładnie) zmówili się przeciwko mnie i naprawdę zaczęłam wierzyc w ich słowa. Może nie jestem najgrzeczniejsza, ale chcę się w końcu jakoś wyszalec, pośmiac. Nigdy nikogo nie obraziłam, tylko się śmiałam z koleżankami.

Po tych wyzwiskach się rozpłakałam. Łzy ze mną wygrały. Oczywiście, nie obyło się bez komentarza mojego "ulubionego kolegi" wychodzącego na lekcji 2 razy do toalety zapalic i jedzącego wtedy wafle ryżowe.

Nie dałam rady, chciałam się zabic. Za co oni mi to robią?

Wtedy ksiądz rzucił swoje: "Panno, proszę w tej chwili powiedzie mi dlaczego płaczesz". Ja opowiedziałam: "Nie muszę", a kochani koledzy w śmiech. Zadał to samo pytanie mojej koleżance z klasy - "Ale ja nie muszę księdzu mówic". Po nacisku odpowiedziała "Ja nie wiem!" i się odczepił.

Bliższym koleżankom powiedziałam: "Wszyscy traktują mnie jak śmiecia". Jedna z nich powiedziała "Nie...". Ale ta, która nie powiedziała księdzu o co chodzi przyznała mi rację: "Dobra, nie mów jej, że nie, przecież widac, że tak jest".

Czyli jednak nie zwariowałam. Naprawdę, nigdy na tej lekcji nikogo nie obraziłam, ja tylko łobuzowałam. Bo lubię się śmiac, oni nie znają mnie i nie wiedzą, że jestem w stanie robi to tylko w szkole. Sama nie wiem, co myślec.



 

 
Dzisiejszy dzień to jakaś porażka. Jakby miało tak wygląda całe moje życie, to raczej bym je zakończyła, ale może to TYLKO ten jeden dzień.

Nakrzyczał na mnie nauczyciel, obgadała mnie inna nauczycielka, a moja koleżanka powiedziała, że jestem wredna, bo nie dałam jej ściągnąc na sprawdzianie i dorzuciła beszczelne "będziesz coś chciała". No ale przepraszam, czy ja jestem jakąś maszyną do spisywania.

Przez bite 8 lat dawałam ściągac każdemu i zawsze, a jak przestanę to co, stracę koleżanki? Ups, takich koleżanek to ja podziękuję.

To nie jest jednak najgorsze, to nie koniec świata. Powinnam się cieszyc, że tylko takie mam problemy, ale od razu pojawiły się myśli typu "nienawidzę siebie", "tępak". Dodatkowo mam ogromną ochotę znowu się odchudzac.

Czegoś mi po prostu brakuje, a ja nie mam pojęcia czego.
 

 
Ostatnio mam chumor jak nie wiem. Jestem szczęsliwa, kocham życie i coraz bardziej siebie akceptuję.

Mam tylko dylemat, jeśli chodzi o mój charakter. Jestem dosyć specyficzną osobą, podobają mi się rzeczy, które wyszły z mody, lubię oglądać bajki i bawię się lalkami. Niebawem idę do liceum i się bawię. Nie wydaje się wam to dziwne?

Ale to też w sobie akceptuję. Żałuję tylko, że o niektórych rzeczach powiedziałam moim koleżankom.

Nadal się boję cukru. W jedzeniu nic się nie zmieniło. Od ostatniego tygodnia nie przytyłam, z czego ogromnie się cieszę, ale wiem, że muszę.

Chcę już wyjść z tej ziemi i zacząć być sobą w 100%.
 

 
Szczęśliwego Halloween! W ogóle uwielbiam ten dzień, już od dziecka mnie jara i nie wiem, co mój ojciec-psychol widzi w tym złego. Może pójdę na łowy, zobaczymy.

Wczoraj mnie 'kolega' przezwał i płakałam, ogólnie byłam przez ten dzień w złym nastroju. Myślałąm, że się nigdy do nikogo nie odezwę, ale dzisiaj jakimś cudem byłam w szkole super pewna siebie i to, co było wczoraj nie ma dla mnie znaczenia.

Tak więc, dzisiaj przełożona kartkówka, ja pewna siebie i oczywiście, kiedy wszystko idzie po mojej myśli (może to nie wiele, ale staram się tym cieszyć) moja wychowawczyni, której swoją drogą nienawidzę mówi mi, że jestem chuda itp., i że przez następny tydzień będzie mi sprawdzała śniadanie.

Jestem zła jak nic, mam ochotę jej przywalić i się wydrzeć. Czy ona ma sie za moją matkę? Niedość, że wścibska baba wszystko chce wiedzieć, to jeszcze mnie ocenia.

A załóżmy, że jestem w innej sytuacji niż teraz, tzn. mam nowotwór, cukrzycę typu I... I w takiej chwili mogłoby mi się zrobić po prostu przykro. Z siostrą obmyśliłam ,że powiem jej, że mam cukrzycę. Może utka jej się wtedy ta pusta morda.
 

 
Waga nie kłamie. Na pewno nie, a chciałabym, żeby tak było. Zaraz chyba pójdę zważyć cięzarki, aby się upewnić. Ważę ok. 45 kg i nie mogę się z tym pogodzić. Tak bardzo chciałabym się odchudzać i wyglądać jak niedożywiona w 100%, że większość osób nie wie jak bardzo.

Jest mnie coraz więcej i źle mi z tym. ALe nie chcę znowu być taka słaba i nieszczęśliwa. I nie chcę także, aby moja mama znowu płakała, a teraz pilnuje mojej wagi.

Wiem, że nawet jak przytyję już nigdy nie zjem drożdżówki, pizzy, ani nie wypiję słodkiego soku. Jeśli się oczywiście nic nie zmieni.

Naprawdę czuję się lepiej fizycznie po przytyciu, to widać jak nic. Ale nie psychicznie. Taki wpis, bo dzisiejszy dzień mam zawalony przez ważenie.
 

 
Czekam aż w końcu dostanę telefon i będę mogła tu pisać częściej. Mój stan psychiczny się ostatnio pogorszył, szczególnie, kiedy jestem w domu. W szkole wciąż się śmieję, to dziwne, ale lubię chodzić do szkoły. To ona mnie trzyma w miarę dobrym stanie.

Waga wskazuje ok. 44,5 kg. Nie tyję jakoś bardzo, od jakiegoś czasu w ogóle nie tyję, ale mam wrażenie, że jem bardzo dużo. O wiele więcej niż powinnam i źle mi z tym.

Podpisałam świadczenie woli, o tym, że chcę aby po mojej śmierci moje narządy były wykorzystane na rzecz ludzi, którzy ich potrzebują. Nie wiem, czy to się liczy, jeżeli nie jestem pełnoletnia, ale myślałam o tym od 2 lat, nie zmieniłam zdania i podpiszę to w wieku 18 lat, jeśli obecne się nie liczy.

Bardzo interesuje mnie człowiek, jego narządy wewnętrzne, psychika i przyszłość. To mnie motywuje do tycia. Fakt, że chcę oddawać krew i narządy potrzebującym.

Powoli zaczynam chyba akceptować siebie. Znowu. Nie wydaję się sobie chuda, chciałabym wiele w sobie zmienić, ale zaczynam mieć gdzieś opinię innych na mój temat. Każdy chciałby mną manipulować, taki mam charakter, że przez wiele lat się temu poddawałam. Ale jestem silna. Nie wymiotuję, nie chudnę, ubieram się jak mi się podoba i tak zostanie.

Zrozumiałam to, kiedy dzisiaj ojciec mi powiedział, że powinnam się trochę zmienić. Chyba mu się, nie powiem gdzie poprzewracało. Jest strasznie głupi i nie będzie mnie oceniał. Nie on.
 

 
Właściwie to nie wiem, dlaczego byłam nieobecna. Niby szkoła, ale czas dla siebie też miałam. A teraz mam dużo do pisania...

Niedawno zaliczyłam kolejną kłótnię z ojcem, powiem tylko, że miałam zakrwawioną połowę twarzy, a moja mama się tylko przyglądała przerażona i mówiła, że niszczę rodzinę. Przykro mi, że pisząc to teraz nie ma we mnie żadnych uczuć, nawet nie jest mi przykro. Odczuwam tylko bezsilność.


Szkoła zajęła miejsce na podium w moim życiu. Mnóstwo poświęcam jej uwagi i nie narzekam. Lubię to, mogę się skupić na czymś innym niż tylko jedzenie, niejedzenie i tak dalej. Ale w końcu przychodzi pora jedzenia i wcale nie jest lepiej. Ćwiczenia też są. W tym roku pokazuję ludziom jak jest naprawdę, nie udaję, że jestem silna (tylko trochę, ale cii). Chcę aby widzieli i się zainteresowali, aby zaczęli pytać, a ja powiedziałabym im o sytuacji w domu.

Ale nic takiego się nie dzieje, jak gadają to nie przy mnie. No szkoda.


Miewam też myśli o wymiotowaniu. Raz mi by się udało, ale spanikowałam i połknęłam. Wiem, że miektórym może się to wydawać ochydne, ale mnie to nie brzydzi, z talerza nie brałam.

Dzisiaj na spacerze szłam i próbowałam wymiotować. Ale jedzenie tylko podchodziło do gardła i wracało. Może dlatego, że szłam, a może wymaga praktyki. Przypomniało mi się jednak, dlaczego nie mogę zwymiotować. Moja mama by cierpiała, a ja TYLKO dla niej nie chcę się w to wplątywać. I może jeszcze dla psa.

Szłam i zrobiło mi się niedobrze, jedzenie samo zaczęło mi podchodzić do gardła, ale odchylałam głowę do tyłu. Mogłabym tu cały czas pisać i pisać, co mi w głowie siedzi, ale kto by to czytał...
 

 
Jestem okropną panią dla mojego pieska. Byłam z nim na spacerze - fajnie, wesoło, dopóki nie skoczył i nie przegryzł mojej bluzki. Zdenerwowałam się i uderzyłam go oraz lekko kopnęłam, żeby wiedział, co zrobił.

Czuję się koszmarnie, do moich oczu napłynęły łzy i trzęsę się. Jak mogłam zrobić coś takiego maluszkowi, którego tak bardzo kocham?! Nienawidzę siebie, powinnam chyba się zabić. Co za człowiek bije zwierzęta, skąd we mnie tyle agresji?

Nie zdziwię się, jeśli mój piesek już na mnie ie spojrzy, sama na siebie nie jestem w stanie.

Wczoraj mama dowiedziała się, że schudłam, oczywiście płakała i była zła. Obiecałam jej, że przytyję. I chyba to zrobię, w sumie już to robię. Ale tak bardzo się boję dodatkowych kilogramów. Nigdy nie będę chuda, nigdy. Ale zdrowa. Chyba jednak wolę być chuda.

W tym roku nauka mi idzie bardzo dobrze, aż sama się sobie dziwię. Zaniedbałam kontakty ze znajomymi, nauka na pierwszym miejscu. Dodatkowo moralność, etyka i tracenie wiary w Boga. Nie zachowuję się jak osoba w moim wieku.

Jestem poważna, chyba wydoroślałam. Ale przy tym bardzo nieszczęśliwa...
 

 
Moje życie z jakiegoś powodu zmieniło się z dnia na dzień. Niedawno znowu pokłóciłam się z ojcem. Tym razem nieźle dostałam, padły nawet wyrażenia typu "Zdechnij tej nocy, suko". Od własnego ojca... Miałam poważne napady autoagresji, waliłam głową o meble, biłam się, drapałam po twarzy, chciałam połknąć leki i w skrócie mówiąc- zabić się.


Zaczęłam liczyć kalorie i się odchudzać. Znowu. Aktualnie ważę ok. 42 kg, sama nie wiem, mniej niż 43. Nie miałam siły wstać z łóżka. Jestem taka słaba... Dlatego będę walczyć, postaram się przytyć i nie poddam się nigdy.

Chociaż nie wiem po co. Nie cierpię siebie, o ojcu nie wspomnę i przestaję kochać moją mamę z różnych powodów. Ale jednak chcę żyć. Może jak będę dorosła zacznę żyć po swojemu i wszystko się ułoży.
 

 
Jest ktoś może ciekawy jak wyglądają moje dni? Koszmarnie Nie mam już na nic siły... Anoreksja powraca, kalorie w głowie liczone = mniej uśmiechu, zero chęci do życia. Ja naprawdę chciałam z tego wyjść, ale to znowu wciąga. Jestem teraz bardziej świadoma tego, co robię, wiem już jak odchudzanie powoli zabija, a pomimo tego dalej w to idę. Dzisiaj 40 minut zastanawiałam się, czy zjeść kilka Szelków, a i tak tego nie zrobiłam. Gdzie się podziała moja motywacja? Nie wierzę wt to, że znowu chodzę głodna, naprawdę tak jakbym siebie w ogóle nie znała.


Ale nie tylko to jest problemem. Mój patologiczny ojciec znowu wczoraj mnie uderzył. Pchnął na ziemię i chciał dołożyć, a mój piesek wtedy wskoczył na mnie i mnie osłonił. Haha, to mogło wyglądać jak scena z jakiegoś filmu. Potem cały czas na ojca szczekał i go gry zł. Takim oto sposobem pieska kocham jeszcze bardziej, a ojca nienawidzę.

Nienawidzę go i siebie, za to że mnie dotknął, że odpłacam mu nazwiskami. I nienawidzę,wręcz brzydzę się swojego ciała, które on uderzył, mam wrażenie że to, że mnie dotknął zostawiło na mnie jakiś ślad sprawiający. że wydaję się sobie sto razy grubsza i chcę te części ciała usunąć. I chyba gdzieś tam zakątek mojego mózgu stwierdził, że pozbędzie się się odchudzając.

Sama nie wiem, to już bez znaczenia.
  • awatar to the bones ♥: 3m sie wspolczuje ojca
  • awatar Nuteliaஐ: nie jesteś sama:) mój ojciec głównie psychicznie, heh.. zgłoś to gdzieś albo porozmawiaj z kimś o tym
  • awatar do-kości: też byłam kiedyś bita, też tego nienawidziłam i nienawidziłam siebie. Raz zanika, kolejnym razem wraca i takie błędne koło.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (5) ›
 

 
Szkoła. I jeszcze raz szkoła. Coś, co aktualnie odbiera mi całą energię. Albo tO ja raczej tą energię jej przekazuję. Jestem perfekcjonistką i chcę, aby moje oceny były jak najlepsze. Co poradzę... Jednak miałam chodzić na zespół muzyczny i dzisiaj nie wytrzymując się rozpłakałam.To, co robię jest ponad moje siły. Nie wyrabiam się i już koniec! Tyle lat poświęciłem poświęciłam na codzienne zajęcia dodatkowe, ludzie kiedy ja zacznę żyć... Moja mama zawsze mi mówiła, że jak coś zaczynam to należy to skończyć. Ta presja przeszła na mnie, a ja lubię w tygodniu wyjść sobie na dwór, spędzić
miło czas, a nie terroryzować siebie tym wszystkim. Bo w końcu będę musiała przyznać się sama przed sobą, że nienawidzę swojego życia.
  • awatar Nuteliaஐ: rób to co lubisz a wszystko będzie łatwiejsze:)
  • awatar mniejkilo: Ja odpuszczania bycia najlepszą nauczyłam się dopiero pod koniec studiów. Ale to jest ulga nie do opisania. Trzymam kciuki, żeby u Ciebie nastąpiło to szybciej.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
HeJ. Przez ostatnie 5 dni mojej mamy nie było w domu. Teraz wróciła, ale dla mnie wciąż jej nie ma. Również przez te 5 dni schudłam 1kg.

Tak więc, zawsze kiedy mama wracała z wyjazdów cieszyła się tym, że znowu widzi swoje dzieci, zadawała pytania. Wczoraj wyglądało to trochę inaczej. Kiedy przyjechała do domu nie zaczynała rozmowy. Ja się zapytałam jak tam było itd (to samo pytanie zdawałam kilka razy w ciągu tego dnia).
Ona, że "ruchu mało, 1,5 km na rowerze w jedną stronę - co to jest". Ja ponawiam pytanie dodając, czy czegoś fajnego się dowiedziała . To tak, zrobiła sobie bardzo ciekawe badanie, o tym ile tłuszczu ma w organiźźmie, a ile mięśni.

Czy ona nie wie, że nie powinna mi tego pokazywać... Poczułam się trochę jak grubas (wiem, że to dziwne bo jestem dużo chodzą chudsza, ale co poradze).

Po chwili zauważyłam ,że się pakuje. "Na rower na pół godziny". Nie było jej z 2 godz. Kiedy wróciła nie spytała się nam jak tam w szkole, czy mam oceny, przyjaciółkę itd. Czuję, że nie mam już mamy;jej życie to teraz rowerek i nabite kroki. To jeszcze bardziej oddziałuje na moją chorobę.

Przepraszam za takie wyznanie, ale jest mi bardzo ciężko i musiałam gdzieś to napisać.
 

 
Jestem już po rozpoczęciu roku. Odkąd wróciłam z Londynu nic się nie zmieniło. Nadal żyłam rutrutyną,nic nie przytyłam rzytyłam. Ale dzisiaj jest zdecydowanie mój zły dzień. I taki będzie prawdopodobnie kazdy przez najbliższe 10 miesięcy. Tak więc, moim problemem jest to to, że muszę siedzieć. Teraz żyję w ciągłym ruchu,nie siadam praktycznie ani na chwilę. Boję się, że od teJ ludzkiej czynności jaką jest siedzenie przytyję i mój brzuch będzie gorzej wyglądał. Mam nadzieję, że to totalna bzdura. Kiedyś mogłam siedzieć cały czas,a teraz się tego tak bardzo boję. .
. W każdym razie muszę zrobić zakupy spożywcze i do szkoły. Wiem, że dzisiaj nie pozwolę sobie na ani chwilę odpoczynku.
 

 
Jestem w Londynie. Wczoraj było naprawdę fajnie, ale dzisiaj dopadła mnie holerna depresja. Jeszcze rok temu Anglia to było moje marzenie, a dzisiaj tego nie docenię przez cholerny zły nastrój. Oby zaraz przeszedł. Nie chcę nikogo obwiniać, ale czuję że ten smutek może być spowodowany trochę przez moją mamę. Wczoraj wieczorem chciałam spać i powiedzmy, że nie zrobiłam wtedy tego co ona mi kazała. To zaczęła krzyczeć, że już nie będę brała leków, że mnie do szpitala psychiatrycznego wyśle i nawet nie wiem co jeszcze, bo tak śpiąca byłam.

Dzisiaj tradycyjnie wstałam o 6:30, i mówi że nie daję jej spać, chociaż ona wczoraj wieczorem sama do mnie krzyczała. Wiem, że chce dobrze i nie widzi, co robi źle, ale ja niestety nigdy jej tego nie powiem.

Dodatkowo moja siostra wczoraj dzwoni, że piesek wymiotuje i ma biegunkę, ja oczywiście w płacz, ale to na szczęście chyba nic poważnego.

Boże, daj mi spędzić ten czas miło!!!
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
Czas ruszyć dupę i wziąć się do roboty. Mam jedno pieprzone życie i co ma mi je zniszczyć? Anoreksja? Chyba nie! Koniec, teraz muszę robić to, na co JA mam ochotę. Jesli tego nie zrobię wszystko pójdzie nie powiem gdzie. Chcę być zdrowa, ale przede wszystkim chcę być szczęśliwa. A to ana mi już zabrała. I czas o to zawalczyć.

Wiem, że nie będzie to tak od teraz z górki, ale zrobię wszystko, aby było lepiej. I nigdy się nie poddam.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›